W 1986 roku Michael Mann był już po wybitnym Złodzieju i Twierdzy, która wybitna być mogła, ale została poszarpana na stole montażowym bez udziału reżysera. Mann nie przyszedł jednak do Hollywood na chwilę, miał zamiar zostać tu na stałe i te dramatyczne wątki z produkcji Twierdzy nie mogły go zniechęcić. Miał już zresztą sporo sukcesów na polu telewizyjnym. Sygnowane między innymi jego nazwiskiem Miami Vice odniosło ogromny sukces, Mann mógł wziąć na warsztat to, co sobie życzył. Zmierzył się z prozą Thomasa Harrisa i jego Czerwonym smokiem, który w Stanach Zjednoczonych wszedł na rynek wydawniczy w październiku 1981 roku. Powieść, której wspólnym mianownikiem z następnymi z cyklu był Hannibal Lecter, odniosła spory sukces. W 1988 roku Harris opublikował Milczenie owiec, ale Mann, jak wszyscy wiemy, do kontynuacji nie podszedł.
Natomiast Łowca ma wszystko to, co łapie się w nawias autorskiego języka reżysera późniejszej Gorączki. Zacząć trzeba jednak od fabuły. Ta opiera się na śledztwie i pościgu za mordercą psychopatą, który prawdopodobnie zabija w jakimś cyklu, te morderstwa to rytuał. Dewiant, bo inaczej nie można napisać, jest przyzwyczajony do pewnego schematu, teoretycznie powinno to ułatwić jego schwytanie, ale policja i tak ściąga do pracy Willa Grahama (William Petersen), profilera, pisząc kolokwialnie „specjalistę od świrów”. Graham zasłynął już tym, że złapał wcześniej innego psychopatę, Lectera, aktualnie odsiadującego swój wyrok w celi pod specjalnym nadzorem.
Thriller Manna, osobny gatunek.
To pierwszy ważny moment w filmie, budowanie przez reżysera jednostek obsesyjnie wchodzących w jakiś temat. Graham nie musiał się zgadzać, ale on, jak i wiele późniejszych postaci wykreowanych przez Manna, jest uzależniony od pracy. Jest też w niej samotny pomimo tylu otaczających go osób. Momenty gdy się waha, wcale takimi nie są. Graham się nie waha, musi podjąć kolejny trop, to leży w jego naturze.
Łowca Michaela Manna to jego drugie po Złodzieju zwycięstwo formy nad treścią. Nie, nie mam nic do zarzucenia scenariuszowi, który Mann spreparował pod swój filmowy obraz. Chcę tylko napisać, że właśnie styl (jak zwykle, co wiemy z następnych produkcji) mocno wychodzi przed fabułę. Ta oczywiście (fabuła) dostarcza wielu emocji, ale są one, znowu, windowane przez decyzje reżysera, który wespół z operatorem, kręci tak zjawiskowe kino. Zjawiskowe, z doskonałą atmosferą i niebanalną muzyką. Czy te wszystkie składowe, niesamowita sfera wizualna, świetny gust muzyczny, właśnie formalizm, sprawiają że intryga gdzieś ucieka? Być może niektórzy widzowie tak uważają, ja odbieram Łowcę i późniejsze filmy Manna jako dzieła kompletne.
Łowca, albo Manhunter. Film kultowy.
Moim zdaniem, gdy porównuję dzisiaj dwa obrazy, uważam że Mann pobił Ratnera o kilka długości. Miał lepszego antagonistę, bo Tom Noonan jest jako Francis Dollarhyde geniuszem i wypadł o niebo lepiej niż Ralph Fiennes. Brian Cox może i nie przyćmił Anthony’ego Hopkinsa, ale jest na swoim miejscu i pokazuje klasę inteligentnego i przebiegłego przestępcy, który jest groźny w każdym momencie. Najważniejszy jest tutaj oczywiście William Petersen, który z całym spektrum emocji przedstawił typowego mężczyznę z filmów Manna. Typowego, ale raz za razem intrygującego. Potrafi wczuć się w działanie psychopaty, wizualizuje sobie zbrodnie, wczuwa się, fizycznie odbiera cierpienie ofiar, wchodzi w śledztwo całym sobą. To go wykańcza i widz to widzi. Spokój może odzyskać dopiero po schwytaniu mordercy.
Piękny, subtelny, niespieszny film bez fajerwerków, wybuchów, histerii.
Gatunek: thriller
Reżyseria: Michael Mann
Scenariusz: Michael Mann
Obsada: William Petersen, Kim Greist, Joan Allen, Brian Cox, Dennis Farina, Stephen Lang, Tom Noonan
Zdjęcia: Dante Spinotti
Muzyka: Michel Rubini, The Reds