Komary

Nie zapisał się złotymi zgłoskami Gary Jones w horrorowych annałach. Być może znacie kilka jego tytułów, ale ci którzy je widzieli, zgodzą się, że nie są to produkcje najwyższych lotów. Komary były debiutem Jonesa i są prawdopodobnie najlepszym filmem w dorobku.

Przyznaję, jest to debiut odważny. Gdyby tylko Jones miał sprawniejszą ekipę i większy budżet to moglibyśmy pisać o dobrym horrorze z nurtu animal attack. Niestety tego komara można spryskać Raidem i po sprawie. Pomimo wszystkich mankamentów, a jest ich wiele, przy Komarach Jonesa warto się jednak na chwilę zatrzymać.

KomaryKomary, których nie da się zabić laczkiem.

Zacząć wypada od intrygującego otwarcia. Gdzieś do stawu umiejscowionego w którymś z parków narodowych w USA wpada kapsuła, która odłączyła się od statku kosmicznego. Tak, mamy tu element sci-fi z obcą rasą, której nigdy nie poznamy. Gary Jones nigdy nie rozbudował swojego uniwersum. Nie wiem nawet czy miał takie plany. Kapsuła więc wpada, jej zawartość ma jakiś wpływ na owady. Te rosną do niebotycznych rozmiarów w kilka godzin. W pierwszego komara uderza para, która przemieszcza się po okolicy kamperem. Nie są aż tak bardzo zdziwieni. Ot, wielki robal, który został rozmazany na masce. A trzeba Wam wiedzieć, że te okazy (bardzo agresywne, w końcu są spragnione i chcą wychłeptać twoją krew) są wielkości średniego wzrostu człowieka (i pewnie dorównują mu masą).

Za zdziwieniem pary nie idą żadne kroki. Przecież trzeba naprawić samochód. W chłodnicy został komarzy aparat kłująco ssący, trzeba coś z tym zrobić. A komary? Rosną, rosną i zabierają się do natarcia na pole namiotowe, na którym aż roi się od wypoczywających banków krwi. Wystarczy tylko podlecieć, wbić się i zassać. I to się dzieje.

Efekty praktyczne wygrywają z przaśnymi trikami.

To jest autentyczny mezalians na polu efektów specjalnych, scen niepokojących, które zaraz zostaną zamazane przez te niepoważne i śmieszne. Szkoda, bo Komary mogły być wymieniane z marszu obok Piranii i innych wiekopomnych dzieł z tego gatunku. Rozwijając kwestię mezaliansu, otóż 200 tysięcy dolarów budżetu nie starczyło na wiele. Efekty CGI to narysowane komary na taśmie filmowej, które ścigają przerażonych obozowiczów. Nie wygląda to dobrze. Z drugiej strony mamy kilka modeli komarów, które zostają uwikłane w bezpośrednią walkę z ludźmi. I to jest już świetne. Do tego dochodzi nieco przesadzone gore, ale to można przełknąć, ma to swój urok.

Komary

Są więc Komary horrorem nierównym. Są sekwencje bardzo udane, ale znowu w połączeniu z tymi, pisząc kolokwialnie, przaśnymi. Ot, choćby ten pościg roju komarów za kamperem w drugim akcie. Gdy komary przypuszczają bezpośredni atak na samochód, czuć realną grozę. Gdy jest rzut na dalszy plan i widzimy dolepione animowane komary, na ustach widza zakwita uśmiech. Podobnie w finale i scenach oblężenia domostwa, ta sama sytuacja.

Polecam jednak, warto odhaczyć, zobaczyć na drugim planie Gunnara Hansena (Leatherface z Teksańskiej masakry piłą mechaniczną) i kilka niezłych efektów praktycznych. I zbliża się komarzy sezon, warto zaznajomić się z zagrożeniem.

Patryk Karwowski

Czas trwania: 93 min
Gatunek: horror, animal attack
Reżyseria: Gary Jones
Scenariusz: Tom Chaney, Steve Hodge, Gary Jones
Obsada: Gunnar Hansen, Ron Asheton, Steve Dixon, Josh Becker
Zdjęcia: Tom Chaney
Muzyka: Randy Lynch