Czy Martin jest wampirem? Nie używa wampirzego uroku, by obezwładnić swoje ofiary. Wykorzystuje zestaw strzykawek z jakąś substancją. Robi to sprawnie, atakuje znienacka, wbija igłę. Nie musi też wgryzać się kłami w szyję. Do tego celu używa żyletkę. Chłepce krew, ale chyba nie po to by się posilić (po prostu czuje taką potrzebę). Nie boi się światła, nic nie robi sobie z czosnku. Poznajemy go w trakcie jego podróży do krewnych w Pittsburghu.
Pytanie „Czy Martin jest wampirem?” można zadać na początku filmu i na końcu. Odpowiedzi nie dostaniemy, chociaż wuj z Pittsburgha jest przekonany o klątwie, która spadła na rodzinę wieku temu. Przyjmuje Martina pod swój dach. Raz za razem gdy się mijają, starszy mężczyzna syczy „Nosferatu!”. Próbuje nawet odprawić rytuały, stara się przepędzić demona z ciała chłopaka. Ten nic sobie z tego nie robi, chociaż można wyczuć tu jakieś cierpienie (niezrozumienie?). Martin żyje swoim życiem, pomaga w sklepie, fantazjuje, dorasta, oddaje się również swoim żądzom. I znowu w ruch idzie igła i żyletka.
Klątwa, mit o wampirze czy tylko urojenie?
Dwuznaczny, ponury, wyjątkowy ze swoim surowym krajobrazem. George A. Romero pokazał Martina w 1977 roku na festiwalu w Edynburgu. Pierwsze pokazy w Stanach Zjednoczonych odbyły się w 1978 roku. George A. Romero potrzebował 250 tysięcy dolarów by nakręcić jeden z bardziej zimnych i bezkompromisowych filmów o trudach wchodzenia w dorosłość. Nie mamy wątpliwości, że Martin jest mordercą. Nie mamy też wątpliwości, że powinien być ujęty. Wiemy natomiast, że przede wszystkim potrzebuje pomocy psychiatrycznej. Motyw tłumionej seksualności, potrzeba picia krwi, rozluźnienie, gdy już leży nago ze swoją ofiarą. To wszystko czyni z utworu Romero jeden z najbardziej niepokojących tytułów z lat 70.
A czy jest wampirem? George A. Romero sprytnie umieszcza ten wątek w filmie. Widzimy przebitki z epoki, gdy Martin był na pewno w innych miejscu i w innym czasie. Stary wiktoriański dworek, pełne przepychu wnętrza, historia zdaje się powtarzać. Wówczas też ktoś chciał wypędzić demona z ciała Martina. Ale czy to naprawdę się zdarzyło, czy to jednak wytwór umysłu chłopca? George A. Romero pozostawia tą furtkę otwartą. Chłopak, który krzyczy wujowi w twarz „This is no magic!” próbuje niejako skierować go na inną interpretację swoich dziwnych zachowań. To jak próba wołania o pomoc. Hej, nie jestem wampirem, to bzdury, ale pomóż mi.
Martin sprawdza się najlepiej jako horror psychologiczny.
Film ma jeszcze kilka niezaprzeczalnych atutów. Od czasu obejrzenia Nosferatu Wernera Herzoga jestem fanem tego surowego ujęcia mitu o samotnym potworze. Tutaj, u Romero, panuje podobna atmosfera. Pittsburgh jest przytłaczający ze swoim krajobrazem, w którym dominuje obraz (w filmie) raczej nędznych dzielnic, w których śmieci wypełniają każdy zakamarek. Rozpadające się domostwa, kiepskie ulice, prosta zabudowa. Myślę, że niemiecki Nosferatu czułby się tutaj wyśmienicie.
George A. Romero zaskoczył więc ponownie. Po swojej Nocy żywych trupów z 1968 roku miał jeszcze udane The Crazies z 1973 roku. Ale naprawdę mocny strzał przyszedł właśnie z Martinem. To zarazem pierwszy film, w którym George A. Romero rozpoczął współpracę z Tomem Savinim. Savini wystąpił w filmie, ale również spreparował efekty specjalne. Jak zwykle solidne i takie, które potrafią wytrącić z równowagi co delikatniejszych widzów.
Nietypowy coming of age, horror o nie-wampirze, w którym najbliżsi widzą w nim potwora. W końcu film o problemie, którego ktoś kiedyś nie dostrzegł w porę.
Gatunek: horror
Reżyseria: George A. Romero
Scenariusz: George A. Romero
Obsada: John Amplas, Lincoln Maazel, Christine Forrest, Elyane Nadeau Sara Venable
Zdjęcia: Michael Gornick
Muzyka: Donald Rubinstein