Jeżeli miałbym wybierać swój ulubiony nurt w fantastyce, to byłby to z pewnością cyberpunk. Dlatego Jednorękiego i Sześć palców ze styczniowych nowości Lost in Time zostawiłem na koniec. To miała być taka wisienka na torcie. I była, ale nie ze względu na cyberpunka. Choć założenia wynikające z definicji nurtu bez problemu tu odnajdziemy, to nie jest to cyberpunk Williama Gibsona. Nie ma tu „Niebo nad portem miało barwę ekranu monitora nastrojonego na nieistniejący kanał” z Neuromancera, czy „Widziałem rzeczy, którym wy ludzie nie dalibyście wiary” Roya Batty’ego z filmu Łowca androidów.
Philip K. Dick i inni, czyli dobre inspiracje.
Jednoręki i Sześć palców to przede wszystkim mroczny i bezkompromisowy thriller w estetyce cyberpunka i sci-fi pokroju Matrixa. Czyli jednak cyberpunk? I tak, i nie, bo Iednoręki i Sześć palców wyraża swój charakter poprzez nietuzinkowe ujęcie narracji. Na tym polu to mistrzostwo, śledztwo prowadzone przez gliniarza w pomiętym prochowcu i perspektywa zabójcy jest traktowana równorzędnie. To mistrzowski zabieg (za chwilę o nim dokładniej), dla mnie absolutnie spektakularny w komiksowym medium. Z pewnością ten motyw nie jest opatentowany i być może znacie podobne przypadki, ja jednak byłem całkowicie zaskoczony pomysłem rozbicia narracji na dwóch scenarzystów i dwóch rysowników. Tak, komiks to przeważnie praca zbiorowa, ale ta tutaj wchodzi na inny poziom.
Struktura to podział historii na dwóch scenarzystów (Ram V, Dan Watters) i dwóch rysowników (Laurence Campbell, Sumit Kumar). Dwie ekipy, czyli dwa zespoły które ścigają się ze sobą opowieścią. Wątki rzecz jasna się zazębiają, ale sposób opowiadania i przede wszystkim styl rysunku znacznie od siebie odbiegają. I jest to genialne.
Mroczny, gęsty thriller z trybikami w roli głównej.
Fabularnie to brudny procedural w świecie, który przelatuje przez palce. Dosłownie. Tym, który próbuje trzymać się ostatkiem sił czegoś rzeczywistego jest detektyw Ari Nassar. Zbiegiem, mordercą, który stoi na granicy szaleństwa (a może już przeszedł na drugą stronę) jest Johannes Vale, student archeologii. Ta dwójka mija się w kolejnych rozdziałach, a czytelnik próbuje za nimi nadążyć. Dosłownie. Detektyw depcze po piętach złoczyńcy, jest świadkiem dramatycznego incydentu lub zbrodni. Rozdział dalej historia jest opowiadana od strony mordercy i znowu trafiamy na wspomniany incydent, tylko że przedstawiony jest w nowej optyce. Powtarzam, genialne.
Ja oczywiście widzę ten zapał autorów i jasne odniesienia do twórczości Philipa K. Dicka. Czuć tutaj też inspirację Łowcą androidów w stylistyce. To wątki detektywa, metropolia w deszczu, światło sączące się przez żaluzje. To dobre tropy, w kontekście rozmowy o komiksie nawet znaczące.
Neo-noirowa udręka detektywa jest zajmująca, droga seryjnego mordercy intrygująca, natomiast świat bacznie przygląda się tej dwójce. Wszyscy wydają się być tylko trybikami w jakimś bezwzględnym procesie.
Tytuł oryginalny: The One Hand and The Six Fingers
Rysunki: Laurence Campbell, Sumit Kumar
Scenariusz: Ram V, Dan Watters
Kolory: Lee Loughridge
Redakcja: Maciej Mrozowski
Ilość stron: 312
Oprawa: twarda
Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
Wydawnictwo: Lost In Time
Format: 180 × 275 mm