Gęsto, gęściej, najgęściej. Taka jest struktura najnowszego filmu Paula Schradera, genialnego scenarzysty, który kolejny raz opowiada przede wszystkim o ciemnej stronie ludzkiej natury. Hazardzista jest wybitny pod wieloma względami, bo przecież Schrader, tutaj reżyser i scenarzysta, nie odpuści na żadnym polu. I robi to w tym samym co zawsze stylu. Najważniejszy jest u Paula Schradera główny bohater, który, jak zwykle u scenarzysty Taksówkarza, siedzi na obrotowym krześle i co chwilę pokazuje nam inne oblicze, albo to raczej my inaczej na niego patrzymy.
William Tell (Oscar Isaac) to były wojskowy, odsiedział swoje, ale grzechy, które popełnił nigdy go nie opuściły. Ciągle dryfują pod skórą. To widać w zachowaniu, na twarzy, w spojrzeniu. William Tell nie próżnował w mamrze. Nauczył się liczyć karty i w ten sposób udaje mu się trwać w tym apatycznym stanie. Żyje, bo nie jest chciwy, wygrywa tyle, żeby starczyło na podstawowe wydatki. Jednak jak to bywa u takich postaci w kinie, wraca do niego przeszłość, a sam film pokazuje wówczas swój prawdziwy charakter. To bowiem nie jest film o hazardziście, a obraz człowieka, który stoi w czyśćcu. To zresztą najczęstszy przypadek w postaciach wykreowanych przez Schradera. Znajdują się pośrodku niczego, jedną nogą najczęściej w piekle. Jednak Schrader ponownie próbuje wytłumaczyć, że ci ludzie nie są tacy od początku swojego istnienia. To świat ich zmienił. Mogliby zasilić społeczną tkankę i stać się szarymi obywatelami, płacić podatki, podlewać trawniki, ale świat swoimi podłymi zagrywkami przewrócił ich na lewą stronę.
