Po powtórnym seansie Gorzkich godów najbliżej mi do refleksji, że to opowieść o ćmach krążących wokół rozgrzanej żarówki. To pułapka miłości, którą Polański definiuje bardzo szeroko. Zastanawia się nawet czy jest coś takiego jak czysta miłość i sugeruje, że eksplorujący uczucia i seksualność wchodząc na drogę perwersji powinni liczyć się z możliwością poniesienia konsekwencji. Jak te ćmy płonące i spadające na podłogę. Sam fakt, że Gorzkie gody tak wyraźnie podzieliły widzów i krytyków w chwili premiery świadczy o tym, że to konkretne kino jako medium zachęcające wręcz do ustosunkowania się do treści swoją rolę spełniło. Polański przede wszystkim prowokuje, zachwyca, wzrusza (nawet jeżeli to tanie zagrania), bulwersuje. Takie odczucia po seansie wywołują tylko dzieła największe. Polański oczywiście robi wszystko z premedytacją, ale w tej premedytacji jest niezwykle uczciwy. Jeżeli by odrzucić formalizm, to kino Polańskiego jest bardzo surowe, a w swoim szczerym podejściu do tematyki związków partnerskich przypomina kino sygnowane przez Paula Verhoevena.


Czas trwania: 139 min
Gatunek: dramat
Reżyseria: Roman Polański
Scenariusz: Pascal Bruckner (powieść), Roman Polański, Gérard Brach, John Brownjohn
Obsada: Peter Coyote, Emmanuelle Seigner, Hugh Grant, Kristin Scott Thomas, Victor Banerjee
Zdjęcia: Tonino Delli Colli
Muzyka: Vangelis