Ta historia wydarzyła się naprawdę, a została zaczerpnięta z autobiograficznej książki Williama Moora A Prayer Before Dawn: My Nightmare in Thailand’s Prisons. Bezsprzecznie trafić tam musiał. Trochę boksował za pieniądze, trochę handlował narkotykami, dużo ich zażywał. Żył w zamkniętym kręgu, więc zatrzymanie, wyrok i osadzenie było kwestią czasu. A skończył naprawdę źle. Fakt, że był zadziorem i fajterem w niczym mu nie pomogło, bo tajlandzkie więzienie do najłatwiejszych nie należy. I nie chodzi tu o szczególny rygor służb municypalnych, a o specyfikę samego więzienia. A Prayer Before Dawn jest gęsty od przemocy, brutalny i dosadny.
Wydawało mi się, że znam już wszystkie zachowania z więziennych dramatów, mam swoją wyobraźnię, a jednak A Prayer Before Dawn nie raz mnie ruszył. Chociaż twórcy nie pokazali niczego nowego, to sposób w jaki to zrobili był bardzo doskwierający i nieprzyjemny.
To nie jest stricte kino bokserskie (lub gwoli ścisłości traktujące o Muay Thai), więc skuszeni kilkoma wstawkami walk mogą się poczuć rozczarowani. To głównie historia o beznadziejnym przypadku chłopaka, który na własne życzenie trafił do więzienia. Ciekawe jest to, że pośrednio trafił tam dzięki swoim bokserskim umiejętnościom, a przetrwać tam rzecz jasna może tylko dzięki nim. Walkę prowadzi bohater nie tylko na ringu, lecz głównie z wszystkim wokół niego, samotnością, uzależnieniem.

