Zbiera się ekipa na umówiony deal. To ma być biznes na skrzynki z karabinami M16 plus amunicja. Spotykają się z handlarzami w opuszczonych magazynach na nadbrzeżu. Wszystko odbywa się przy zachowaniu odpowiedniej kryminalnej etykiety, pada trochę „fuck” i „”shit”, ale ogólnie jest całkiem sympatycznie. Zarówno jedna i druga strona wie o co chodzi w takim pokątnym handlu i w mig podporządkowują się do niepisanych reguł. Stoją w kolejce, przychodzą punktualnie, czekają na swoich miejscach. Handlarz giwerami oznajmia, że nie ma M16, tylko niczego sobie Beretty AR70. Jednak umowa była inna. Kupiec złożył dość szczegółowe zamówienie. To pierwszy zgrzyt, a później jest jeszcze gorzej.
Szanuję drogę, którą obrał Ben Wheatley. Wiem, że jego poprzedni film High-Rise nie przypadł wszystkim do gustu. Art housowa kompozycja i ironiczny plaskacz w klasowy podział, na przykładzie mieszkańców pewnego wieżowca, mógł wydać się poniekąd opresyjny. Ja odnalazłem się doskonale w fabule opisującej drogę ku apokalipsie w wymiarze mikroskopijnym. Było okrutnie, ale też zabawnie. We Free Fire Wheatley podąża tą samą ścieżką dramaturgii (chociaż w oczywisty sposób wydarzenia mkną o niebo szybciej), gdzie na początku wszyscy jeszcze jako tako się dogadują, by zaraz po tym do siebie strzelać, przebijać sobie gardła prętami, miażdżyć głowy itd.

Czas trwania: 90 min
Gatunek: akcja
Reżyseria: Ben Wheatley
Scenariusz: Ben Wheatley, Amy Jump
Obsada: Enzo Cilenti, Armie Hammer, Sharlto Copley, Michael Smiley, Brie Larson
Zdjęcia: Laurie Rose
Muzyka: Geoff Barrow, Ben Salisbury