
Jak dowiadujemy się w trakcie seansu (ze szczątkowych informacji, ponieważ nic tutaj nie jest powiedziane wprost) była „wyłączona” na sześć miesięcy. Dzięki terapii powróciła do świata żywych. Jednak gdy poznajemy trójkę bohaterów (wspomniane małżeństwo i ich przyjaciela) z Jessicą nie jest najlepiej. Co gorsza, ukrywa swój stan bojąc się posądzeń o nawroty choroby (przynajmniej takie jako widzowie odnosimy wrażenie). Jessica kogoś widzi, lecz głosy w jej głowie cały czas ją powstrzymują.
Mylący (to jednak tylko kolejna zaleta filmu) jest również tytuł. Let’s scare Jessica to Death, tłumaczone jako Przestraszmy Jessicę na śmierć zwiastuje przecież wydarzenie, które powinno być zainicjowane z premedytacją. Coś na wzór slashera April Fool’s Day (1986) w reżyserii Freda Waltona. Czekamy więc w napięciu na jakiś twist podążając ścieżką wytyczoną przez mroczne ghost story. A tu co? Historia, czy nawet legenda, o której szepczą wszyscy w miasteczku przeradza się w historię wampiryczną, by w finale zaskoczyć nas niezłym survivalem i próbą wydostania się z opętanej mieścinki. Bardzo fajne zdjęcia przy scenach otwierających (gęsta mgła nad jeziorem przy wschodzącym słońcu). Muzyka niepokojąca, industrialna, czasem z jednym wydłużonym dźwiękiem wróżącym zło, które może zaraz się pojawić. Co ciekawe, kompozytor Orville Stoeber, to tekściarz, gitarzysta i wokalista działający aktywnie po dzień dzisiejszy, jednak z branżą filmową praktycznie nie związany (raptem trzy tytuły od czasu tego recenzowanego).

Czas trwania: 89 min
Gatunek: Horror
Reżyseria: John D. Hancock
Scenariusz: Lee Kalcheim, John D. Hancock, Sheridan Le Fanu (na motywach opowiadania Carmilla)
Obsada: Zohra Lampert, Mariclare Costello
Zdjęcia: Robert M. Baldwin
Muzyka: Orville Stoeber