Urodzony 20 października, Danny Boyle
Reżyser, producent i scenarzysta. Zaczął reżyserować już w wieku 20-stu lat. Na początku teatr, a następnie telewizja. Spod jego ręki wyszło kilka odcinków Sprawy inspektora Morse’a. W 1994 roku wyskoczył z Shallow Grave – debiut, który oglądałem na VHS. Pierwszy film kinowy Boyle’a i jeden z pierwszych filmów Ewana McGregora. Po takim starcie na dużym ekranie, kariera reżyserska potoczyła się gładko. Dwa lata później Boyle pokazał światu swój drugi obraz, a mój numer 1 tego reżysera.Chociaż nakręcił kilka bardzo dobrych filmów, to do swojego obrazu z 1996 roku się nie zbliżył. Lubię go za większość tytułów. Jak zobaczycie poniżej ciężko mu się określić w jednym gatunku. Zdecydowanie nie chce być zaszufladkowany jako reżyser filmów o ćpunach. Nie chce być zaszufladkowany w ogóle. W swoich projektach, jako twórca, rzadko stawia na jednego bohatera (wyjątek to oczywiście 127 Godzin). Liczy się zawsze tło, później opowieść i środowisko wokół. Czy to jest Szkocja, Indie czy Tajlandia, to właśnie tło wybija się na pierwszy plan. Jego filmy potrafią chwycić za gardło, jednak zawsze gdzieś widoczne jest wyjście ewakuacyjne.
Shallow Grave – Płytki grób (1994). To było to. Rzadko jest mi dane zobaczyć tak dobre połączenie thrillera i kryminału okraszonego delikatnym złośliwym uśmiechem. Trójka przyjaciół (jeszcze) poszukuje sublokatora do swojego mieszkania. Nie dają sobie rady z wysokim czynszem, więc znalezienie kolejnego źródła przychodu jest zrozumiałe. Przeprowadzają casting. Po lepszych i gorszych typach w końcu pojawia się idealny strzał. Będzie świetnym kumplem! No niestety, mężczyzna umiera i pozostawia po sobie walizkę pełną pieniędzy. Pierwsze demony nieśmiało wychylają się w kierunku zdobyczy. Bohaterowie filmu na nowo muszą zdefiniować słowo przyjaźń. Pojawia się podejrzliwość, nieufność, zdrada. Jest ich tylko troje, a pojawia się szereg zachowań godnych kilkunastu socjopatów. Dobry film, z fajną muzyką i groźnym klimatem. Polecam jako początek przygody Boyle’a z wielkim kinem. 8/10
Trainspotting (1996). Born Slippy… Dla mnie to arcydzieło. Traktuję ten film bardzo osobiście i zawsze będę. Byłem na tym w kinie i, wobec wszystkich nasilających się wydarzeń, obraz uderzył we mnie jak spadający fortepian na spacerującego ulicą zwykłego przechodnia. Nie chodzi o ten najgorszy ustęp w Szkocji. Rzygam już tym, jak ktoś kojarzy Trainspotting z tym momentem. Dla mnie to jest walka z heroiną, taniec z heroiną, seks z heroiną. Spud, Sick Boy, Tommy, Begbie, no i Renton. Ten film to życie chłopaka, który oddał cząstkę siebie. Wyrzucił krzykiem beznadziei swoją młodość przez tłok strzykawki. Pomimo wielu świetnych ról McGregora, rola Rentona jest moim ulubionym wcieleniem aktora. Koniec. Kropka. 10/10