
Ma to oczywiście zasiać w widzu nadzieję na brutalny seans (brutalny w dobrym tego słowa, filmowym znaczeniu). I chociaż brutalnie nie jest, a strasznie raptem w kilku miejscach, to ciężko oderwać oczy od ekranu. Ten seans po prostu hipnotyzuje aurą horrorów z przełomu lat 80-tych i 90-tych. David Mitchell sprytnie poszedł jednak dalej. Nie zamknął zagrożenia w konkretnej osobie, nie jest to również żadne nadprzyrodzone ghost-story.
To samo tyczy się muzyki. Ta idąc w parze z obrazem tworzy doskonałe uczucie powrotu do ery magnetowidów. Ten sentyment widzimy szczególnie w momencie przejazdu przez „stare przedmieście” z ruderkami w zabudowie bardziej strzelistej i wyższej niż ma to miejsce obecnie. Taki nostalgiczny przeskok w już i tak stylizowanym na lata 80-te filmie. Ciekawy zabieg swoją drogą. Jeżeli chodzi o soundtrack, to w jego przypadku jest jasno wskazany jeden inspirator. Pośród wielu znajomych dźwięków z horrorów da się wyłapać kilka taktów i nawiązań do tego jednego szczególnego tytułu: wspomnianego już Koszmaru z Ulicy Wiązów i muzyki autorstwa Charlesa Bernsteina.


Czas trwania: 100 min
Gatunek: Horror
Reżyseria: David Robert Mitchell
Scenariusz: David Robert Mitchell
Obsada: Maika Monroe, Keir Gilchrist
Zdjęcia: Mike Gioulakis
Muzyka: Rich Vreeland