Na nowy film Michaela Manna pójdę zawsze. Stawia mnie to w trochę niekomfortowej sytuacji, bo często kierując się sympatią być może nie jestem obiektywny przy ocenianiu tytułu. Jednak prowadząc blog, czyli najbardziej subiektywny sposób wyrażania swoich opinii, mogę sobie na to pozwolić. Czekałem na Blackhat. Niestety producenci wcale tego oczekiwania nie podsycali. Kiepskie fotki, niezachęcający zwiastun, no i Thor…
Tak pokrótce przedstawia się fabuła Hakera. Nie jest to zły film. Próbując zachować obiektywizm i zbierając wszystkie plusy oraz minusy oceniam go jako niezły. Jedno muszę napisać – Michael Mann się starzeje. Po pierwsze wprowadził do filmu zupełnie niepotrzebny wątek romantyczny. Jako że w skład zespołu prowadzącego wchodzi również siostra Chena, Wei (Wei Tang), musiało zaiskrzyć pomiędzy nią a hakerem Nickiem. Wcale nie musiało! To pierwszy zarzut dla reżysera. Kolejny za to, że twórca sztucznie wydłuża czas trwania filmu scenami, w których dziewczyna próbuje uwolnić bojowego ducha u głównego bohatera. „Musisz pozostawić to wszystko w więzieniu”, „Mi też było trudno”, „Oczyść swój umysł”. I to wszystko w zupełnie niepotrzebnej scenie w kawiarni. Takich scen jest kilka. Gdyby zamknąć film w 90 minutach, z pewnością wyszłoby to tylko na dobre.
Całość jest nierówna w swoim tempie. I chociaż niepotrzebne przerywniki znajdują się w pierwszej części filmu, to i tak jest to część lepsza niż ostatnie 30 minut. Z wyjątkiem finału. Absurdem jest kilka momentów w ostatniej akcji, jednak oddać należy Mannowi to, że zdecydował się na kozackie przypieczętowanie scen kulminacyjnych podczas chińskiego festynu. To tak jakby reżyser stwierdził „A co tam, nakręcę to tak jakbym miał 30 lat mniej”. Muszę się też pogodzić z miłością reżysera do techniki cyfrowej. Michael nie odpuści na tym polu. Napiszę enigmatycznie: podoba mi się to i jednocześnie nie podoba

Czas trwania: 133 min
Gatunek: Akcja
Reżyseria: Michael Mann
Scenariusz: Morgan Davis Foehl
Obsada: Chris Hemsworth, Leehom Wang, Wei Tang
Zdjęcia: Stuart Dryburgh
Muzyka: Harry Gregson-Williams, Atticus Ross, Leopold Ross